Finis Poloniae

Jeszcze przez nasze oczy idą ciekłe drogi
ciepłych rzek światła, co jest tkliwym widmem stosu
  tamtego serca przez łaskawy piorun
  podpalonego. Wtedy z nagła wschodzić

poczęły, z niemej dotąd gleby naszych gardeł,
kłosy radosnych krzyków; z zachwytu aż zbladły
  wpatrzone w pożar lampy naszej krwi.
  Lecz potem, wreszcie wiernych, chcących iść

do swoich żon, ujęła za gardła policja
lęku. I śliną żółci zaczęliśmy rzygać.
   Wreszcie wyszczuci z tchu, pięściami wiatru
   po twarzach bici niczym ślepą pałką,

padliśmy na dymiącą mgłą, stygnącą ziemię
  - śmierć nam zaczęła mówić po imieniu.

1968