Dał się nabrać na język, którego nie było


Nie widziałam, nie słyszałam, ze snu wstałam
- och, głupia!
- Może jednak trochę mądra,
Że naga, co? Jak senna myśl...
- Cóż, snu sauna
Nie tylko skór garbarnią jest, lecz
umysłów!

- Nie widziałam,
Jak się rodził w tym języku.

Nie słyszałam także krzyku kiedy leżał
W kołysce
słowa
śmierć... go wymyśliła?
Gdyż milczał, wiem, jak potem też
gdy już przeżył
Stuwargową różę nie do całowania.

-Karatową różę
Nie do wyrażania?

Wielkogłowa łza pamięci nieprzekupnej
Jednak bolała;
lecz śmierć wciąż się śmiała,
Że nabrał się tak głupio na mdłe
- ba!
- nudne
Ciało gwiazdy, która zgasła, nim coś zdołał.

-Więc choć naga,
Czy naprawdę taka mądra?

Przecież ze snu wstałam: miłość niedosłowna
Ale prawdziwa, bo treść
jego śmierci.
Nie zwięzły rym, nie giętki rytm czy tok gładki,
Lecz naczynia
netto = Nikła?
- Pełna łaski!