Bez przecinka
Mdłe płomyki obłędu trawki
Rosną do mózgu i mózg krwawi
Myślą za okno i śnieg pada
Bez przecinka się opowiada
Najdłuższe zdanie mojej myśli
Choć na pewno mi nie po myśli
Bo oto śnieg zasypał drogi
Którymi nadejść mógł ktoś drogi
Kobieta albo inne zwierzę
Któremu już się nie poweerzę
Bo śnieg sięga już parapetu
A myśl za okno wciąż wybiega
Obłęd buzuje choć nie wieje
Żaden wiatr i kartka się śmieje
Na której imię znów próbuję
Pewne napisać lecz nie umiem
Bo mi się trzęsie ręka któraś
Noga od stołu wciąż jest krótsza
Także ołówek ze mnie drwi
Sobie na przekór mnie coś śni
Wiec czyżbym nigdy nie napisał
Już tego słowa nie zatrzymał
Nudnej myśli zdania nie skończył
Słowem tak czule mi wiadomym
Ale choć juz na progu krani
Stoi wyrzygać nie potrafię
Bo myśl ciągle nie może ustać
I śnieg mi już zalepia usta
Już dom zasypał a wciąż na nim
Mdłe płomyki obłędu trawki
25 I 1970
