Piosenka innej ulicy

Pani Grażynie Lisowskiej

Kiedy wyśmiał mnie wszelki stwór żywy i martwy
Kamień wiersz zwierzę robak obłok człowiek kwiat; gdy

Wzrok mój już żadnej nie miał władzy nad pejzażem
Co ukonstytuował się w formy koszmarne

Które się przelewając w środek mózgu ciekły
I w straszne skrzepy stygły na stały ból; kiedy

Parcia grozy odeprzeć już nie mogłem dłonią
Rozdygotanej krwi; gdy mogłem, owszem, głośno

Krzyczeć na pośmiewisko tym bardziej powszechne
Zataczające kręgi coraz obszerniejsze;

Gdy jedyną pewnością była pewność, że
Chichotać już zaczęły nawet tkanki mdłe;

Gdy na koniec wyzuty byłem nawet z wiary
Że moją stronę trzyma pewien sen najstarszy

Dziejący się w kolorze różowym i chociaż
Także groźny, zarazem była to już groza ,

Oswojona niejako ciągłym uprawianiem
Jej - to jest poematów miłosnych pisaniem;

Kiedy wierny mi dotąd nóż też mnie opuścił
I zaczął innym służyć do dzielenia tłuszczy

I gdy prostej pieszczoty z nim nie mogłem zażyć
Przyłożyć go do chętnej szyi albo twarzy;

Kiedy wreszcie nie mogłem pójść nawet do mistrza
Który ezoterycznej wiedzy mi użyczał

Lecz właśnie pilnie wznosił sobie dom na skale
Gdy moja stacja oraz meta była barem;

Kiedy - ulicą wlokąc się, wątły jak mgła -
Już nawet nie sprawdzałem, czy Błękitny Pan

Nie zgłasza się po moją osobę tak nudną
Tak uciążliwą oraz plugawie naplutą

Na pierwszego prospektu miasta świetny asfalt
Wszystko jedno czy Rzymu Moskwy czy Wrocławia

Gdyż wtedy zapomniałem już nie tylko stron
Lewej i prawej ale wszystkich świata stron

I tylko szedłem; owa zaś droga nie rzeką
Była, która prowadzi nas sama do celu

Tylko żmudną ulicą co wiedzie do domu
Który mieszkaniem żadnym nie jest już nikomu

W którym nie zamieszkuje już żadna kobieta
Może tylko jej pamięć - i jakże bolesna;

A ze mną moje życie r- jakże zmarnowane -
Szło jak gdyby pasażer co jedzie na gapę

I już mu na kontroli żadnej nie zależy
Bo jeśli ma to i tak lewe dokumenty; :'

Także śmierć była - owszem - lecz do lepszych celów
Stworzona szła z wizytą do obywatelów

Którzy swe żony grzeczne jeszcze przynaglali
Aby dla gościa dobrą kolację stawiały

Oni zaś wybiegali do sklepów pobliskich
By nabyć dobre trunki - nie tani salicyl;

Więc kiedy już tak długo szedłem żmudnie szedłem
Mijając się z idącym z naprzeciwka zmierzchem

Jakże nie melodyjnym ciemnym nędznym ciężkim
Nawet nie szepcąc sobie któregoś z mych wierszy

Jakby sobie ostatnią piosenkę ktoś nucił
Aby nie być samemu; gdy, nagle podniósłszy

Ciężką głowę, -ujrzałem - bałem się uwierzyć
Że ta, co pewien hotel komunalny wieńczy

Wieżyczka ozdobiona świecącą koroną
Jest przecież Twoją twarzą skądinąd znajomą

10 października, 1969